sobota, 26 września 2020

„Pensjonat samotnych serc” Zofia Ossowska

 Wydawca na okładce napisał, że ta książka jest idealna dla fanów Domu nad rozlewiskiem. Miał rację.

 Sama mieszkam na Mazurach, zatem idealnie wpasowałam się w klimat tej powieści. A o czym ona?

O Pensjonacie Samotnych Serc, który wybudowany został w pobliżu mazurskiego jeziora oraz lasu, pełnego krętych ścieżek. To właśnie tutaj mieszka i pracuje cudownie ciepła i serdeczna pani Wiesia. Po śmierci swojego męża postanowiła otworzyć pensjonat, by piękno tego miejsca mogło leczyć złamane serca i pokaleczone dusze innych ludzi. Dla swoich gości piecze najlepszą szarlotkę. Mogłam się przekonać o tym, jak smakuje taka szarlotka, ponieważ przepis na nią został dołączony do książki. 

Poznajemy Matyldę, która postanawia przyjechać właśnie tutaj, do mazurskiego pensjonatu, leczyć swoje rany. Boi się przyznać właścicielce, dlaczego co wieczór płacze do poduszki, a co rano przychodzi zapłakana na śniadanie. Z czasem dowiemy się, że uciekła od swego męża tyrana. A mąż? Mąż zrobi wszystko, by znaleźć swoją żonę i uprzykrzyć jej życie. No i zmusić do powrotu. Czy mu się to uda?

Poznamy również Adama, syna pani Wiesi, którego los nie oszczędził. Został nieźle poturbowany i, by zapomnieć o tragedii, jaka go spotkała, oddał się całkowicie pracy. Pomógł mamie zrobić remont pensjonatu i aktualnie robi altankę stojącą niedaleko. 

 Matylda została wspaniale przyjęta przez właścicielkę i powoli otwiera się. Dostaje wsparcie i zrozumienie również ze strony syna pani Wiesi. Czy tych dwoje połączy coś więcej? Czy dwa zranione i samotne serca zabiją w tym samym rytmie?


 

Jest to pierwsza część cyklu, która zachwyci każdą kobietę. I od razu zaznaczę, że to nie tylko typowa babska literatura, lecz naprawdę wartościowa pozycja opisująca bardzo często spotykany problem, jakim jest molestowanie psychiczne kobiet przez własnych mężów. To ważny temat i fajnie, że autorka go porusza. 

 Historia Matyldy wzrusza, a miejsce, w którym dzieje się akcja, czaruje klimatem i magią właścicielki. Ciepło i życzliwość, jaką ma w sobie starsza kobieta, promieniuje i przechodzi na wszystkich. Dlatego ta historia pozytywnie nastraja i dodaje nie tylko Matyldzie zapału, ale i czytelnikom otwiera oczy na pewne sprawy. 

Chciałabym taką Wiesię poznać. Móc porozmawiać i wysłuchać jej rad, od czasu do czasu zjeść szarlotki jej wykonania i rozkoszować się ciszą mazurskiego klimatu. Bo milczeć też można, w odpowiednim towarzystwie to nie przeszkadza. Jej portret psychologiczny, jak i pozostałych bohaterów są rewelacyjnie nakreślone, przez co stają nam się bliżsi.

„Pensjonat samotnych serc” to pozycja, którą polecę każdemu. Prosty język, fajna fabuła i mocna dawka emocji jak i realizmu sprawią, że niejedna kobieta zatraci się w tej historii, a i niejedna też utożsamić się będzie mogła. Może istota tej powieści trafi na odpowiedni grunt i sprawi, że inne kobiety odważą się na zmianę swojego życia? Wszystko się da, tylko trzeba zrobić ten pierwszy krok. Potem już będzie łatwiej.

Polecam.









środa, 23 września 2020

„Zośka. Dopóki biło serce” Anna Stryjewska

W życiu przychodzi taki czas, że trzeba coś zrobić wbrew całemu światu. Odrzucić lęki i obawy, pogodzić się z poniesionymi porażkami i podążyć za głosem serca, aby realizować swoją pasję. Po prostu - zmienić teraźniejsze życie.

 

Oparta na faktach powieść zabiera nas w lata sześćdziesiąte, do niewielkiej polskiej wsi. Pomimo tego, że świat się zmienia, ludzie zaczynają doceniać elektryczność i lepsze czasy, dzieciom nie dzieje się lepiej. Dla nich przyszłość nie jest usłana różami, bo w każdym domostwie bieda aż piszczy. Zmuszeni zostają do zmagania się z problemami swoimi i rodzeństwa. A dorośli po przeżytych traumach i zawirowaniach wojennych nie są zbyt wylewni, bardziej oschli i szorstcy w obejściu. Dzieci traktują jako pomoc w gospodarstwie lub przy młodszych dzieciach. Czy znajdują jeszcze czas na marzenia?

Nasza bohaterka Zośka długo dojrzewała do pewnych decyzji. Zbyt długo pozwalała krzywdzić się innym. Przypadkowe spotkania krok po kroku zmieniały kobietę, dodatkowo ciągłe motywacje ciotki sprawiły, że zaczęła inaczej myśleć. Postanowiła zmienić swoje życie. Czy uda się to młodej, zaledwie 18-letniej, dziewczynie? Czy spełni swoje marzenie i zostanie projektantką mody?
Czy odważne postanowienie naszej bohaterki odmieni jej los?

 

 


Anna Stryjewska  fantastycznie przedstawiła nam drugą połowę XX wieku. Realia życia na wsi fascynują i jednocześnie przerażają. Ludność w tych czasach uważała ziemię za podstawę utrzymania całej rodziny. Mężczyzna jako głowa rodziny zajmował się gospodarstwem, kobiety również nie miały lekko. Opieka nad domem, małymi dziećmi i drobnym inwentarzem spadała na ich barki. Natomiast dzieci od najmłodszych lat, zwykle już od pięciu, były przyuczane do lżejszych prac domowych. Te starsze pilnowały młodszego rodzeństwa. 

Zmiany w zakresie warunków higienicznych powojennej wsi cały czas były trudne. W gospodarstwach nie było toalet, bieżącej wody, co wpływało na rozprzestrzenianie się chorób.  Może dlatego ciągnęło naszą bohaterkę do miasta. Wielkie miasta wydawały się całkowicie innym światem dla młodych dziewczyn pochodzących ze wsi. 

Do zmiany decyzji Zośki wpłynęła również jej przyjaciółka, którą znamy z pisanych przez nią listów. Zośka w miarę dorastania upewniała się , że nie pasuje do tego małego, zaściankowego świata. Ona potrzebowała większej przestrzeni, więcej otwartości dla własnych pomysłów, pasji i ich realizacji.

Fajnym pomysłem, jaki zaserwowała nam autorka, jest podsumowanie pod każdym rozdziałem refleksjami, dającymi czytelnikom do myślenia. Czytamy w nich o marzeniach, nadziejach, o odwadze i potrzebie zmiany własnego życia.

„Zośka. Dopóki biło serce” to wspaniała, refleksyjna opowieść o świecie, którego już nie ma. Realia powojennej wsi opowiadają o ludzkich dramatach i małych radościach. To historia o potędze marzeń i drodze do ich realizacji. Bogaty język, lekkie pióro oraz ogrom emocji sprawiają, że czyta się tę powieść wspaniale, niejednokrotnie z wypiekami na twarzy z emocji. Talent narracyjny wyraźnie zauważalny, a bohaterowie? Realistyczni i w tej historii w większości nieszczęśliwi. Targani przeżyciami z przeszłości.  Nasza bohaterka Zośka, dzielna dziewczyna, odważnie patrząca w swoją przyszłość, może być inspiracją dla kobiet, które w danym momencie takiej inspiracji będą poszukiwać. Warto walczyć o siebie i swoje marzenia. Bo marzenia trzeba spełniać!

Polecam!

 



wtorek, 22 września 2020

„Kulturalna zawierucha” Grażyna Górnicka

 Bez przyjaźni i pasji życie staje się nudne.

 

Historia zaczyna się w momencie, gdy mężczyzna o imieniu Michał strasznie płacze. Po odejściu swojej ukochanej, nie potrafi poradzić sobie i załamany rozpacza. Od kilku dni mieszka u swojej siostry Iwony, a gdy przychodzi w odwiedziny jej koleżanka Weronika, zaczynają obie pocieszać Michała. Gdy ta zaczyna snuć swoją opowieść o złamanym sercu, czas jakby zatrzymuje się w miejscu. 

Ona również swego czasu przeżyła rozczarowanie i jej przyjaciel z Barcelony zaprosił ją do siebie, by w spokoju mogła dojść do siebie i zapomnieć o tym co ją spotkało. Czy jej się to udało? Zmiana klimatu, otoczenia i ludzi ma czasami zbawienny wpływ na naszą psychikę, tego właśnie było trzeba naszej bohaterce.



Spędzając czas z przyjacielem, zaczyna zwiedzać miasto i przebywać w restauracji, w której to jej znajomy gra wieczorne koncerty. Pewnego razu zauważa dwa obrazy, które w niewyjaśniony sposób nie dają jej spokoju. Siedzą w jej głowie i w snach. Śni o koniach. Nie rozumie ich znaczenia, chociaż szuka po sennikach. Postanawia znaleźć źródło ich pochodzenia i przeprowadza małe śledztwo.
Co z tego wyniknie? Przekonajcie się sami.

Ta cieniutka, bo zaledwie 197-stronicowa książka, jest świetnie napisana, lekkim stylem, przez co odnosi się wrażenie płynięcia przez historię. Perypetie bohaterki niejednokrotnie doprowadzają do śmiechu. Czasami zachowanie Weroniki jest infantylne, ale całość tworzy zabawną historię. Większość tej książki to snuta przez naszą bohaterkę przygoda w Barcelonie. A przygoda ta to połączenie komedii i sensacji, bo napad stulecia zaplanowano rewelacyjnie!

 

 „Jest wiele spraw ważniejszych niż kasa i przedmioty, które można za nią kupić. Liczą się przede wszystkim prawdziwi przyjaciele, którzy zawsze cię poprą, nawet w najbardziej odjechanym projekcie. No i jeszcze sztuka. Każdy z nas ma jakiś ukryty talent, od dziecka lubi tańczyć, malować, grać pisać. Niestety ze wstydu, z braku czasu czy z lęku przed porażką chowamy nasze pasje w kartony i wynosimy na strychy. Tam więdną i usychają niczym rośliny pozbawione wody, ale niewielu ludzi zdaje sobie sprawę, że jednocześnie usychamy też i my. Odnajdź twoją pasję i realizuj ją. Ale nie dla kogoś. Dla siebie, bo jesteś tego wart.”

 

Co mi się najbardziej podobało podczas czytania? Opisy Barcelony. Miałam ogromną ochotę polecieć i na własne oczy zobaczyć te miejsca, w których przebywała Weronika. Podobały mi się również charaktery bohaterów. Żywiołowi, zwariowani, pełni charyzmy i pasji. Takich przyjaciół chciałabym mieć.

„Kulturalna zawierucha” to idealna lektura na lato, podczas podróży lub w poczekalni do lekarza. Historia Weroniki porwie Was do innego państwa na kilka przyjemnych godzin. Dajcie się porwać tej historii pełnej pasji i dźwięków jazzu.












czwartek, 17 września 2020

„W piekle pandemii” Kosowska Jolanta

 

 Opowieść o dniu, w którym świat, jaki znamy, przestał istnieć. I o wszystkim, co zdarzyło się potem.

 To prawda, świat, jaki do tej pory znaliśmy, przestał istnieć. Już nic nie jest takie, jakie kiedyś było.

Poznajemy Oliwię i Marcello, kiedy wyjeżdżają na długo wyczekiwany urlop. Nic nie zapowiadało katastrofy, która nadeszła po cichu i niespodziewanie zaskoczyła wszystkich.

Zakochana para wraz z pozostałymi przyjaciółmi korzysta z zimowej aury w Dolomitach. Na taki relaks każdy czeka, zwłaszcza lekarze, którzy mogą na chwilę oderwać się od natłoku zajęć. Czy ktoś mógł spodziewać się tego, co zaraz wybuchnie? Bo oto właśnie nadchodzą czarny chmury i to nad całym światem. Jedna wiadomość, która zrujnuje życie ludziom. Tajemniczy wirus z Wuhan pokonuje granice kontynentów i rozprzestrzenia się po całym świecie. I to z prędkością światła.

Wszyscy mężczyźni zebrani w gronie przyjaciół podejmują decyzję o powrocie do rodzinnych domów i do swojej pracy. Każde ręce lekarzy są potrzebne. Od razu wpadają w wir szaleństwa i ich życie krok po kroku zaczyna przypominać piekło. Bo kiedy większość ludzi zamyka się w domach, by nie zarazić się lub nieświadomie nie rozsiewać wirusa, oni pracują ciężej niż zwykle i to w samym centrum zakażeń. Cały personel szpitali w pełnej gotowości.


Przyjaciele naszej pary bohaterów są rodzicami niepełnosprawnego dziecka i dla nich, jak i dla Sari ten czas stanie się wyjątkowo trudny. Każde chore dziecko, które przez chorobę walczy o życie, w piekle pandemii, jest wybitnie wystawione na celownik. Walka rodziców o chore dziecko jest godna podziwu. Tata Sari, lekarz cały czas pracujący w szpitalu, przenosi się do altanki w ogrodzie, by chora córka nie miała z nim kontaktu. Nie rozmawia z córką ani z żoną, bojąc się o nich. Jedynym środkiem ich komunikacji są listy lub patrzenie na siebie przez szyby w oknie.



 

O tym wszystkim, co się dzieje wśród przyjaciół, dowiadujemy się od Oliwii, którą to Marcello wywiózł do swojej babci — Eleny Rossi do Toskanii. Tutaj, z dala od zgiełku i pandemii opowiada nam swoją historię. Kobieta przekazuje nam wiadomości od przyjaciół i opisuje swoją tęsknotę, samotność i obawę przed tym, co może spotkać jej narzeczonego. Dzięki niej poznajemy zmartwienia i małe radości, które spadają na jej znajomych oraz poznajemy stronę internetową, którą bardzo często śledzi nasza bohaterka. Na stronie pojawiają się listy, które wlewają w jej zbolałe serce nadzieję. Czytamy w listach o małych drobnych, aczkolwiek dobrych i bardzo w tych czasach potrzebnych uczynkach, to wszystko wlewa w serce iskrę radości, momentami również przeraża, ale całość krzepi. Oliwia również wspomina swoje szczęśliwe momenty z Marcello. To właśnie w tym momencie poznajemy ich wycieczki, pełne miłości i oddania. Opisy są tak realistycznie przedstawione, że momentami słyszałam szum fal, razem z nimi płynęłam gondolą i czułam promienie słońca na własnej skórze. 


Autorka będąca z zawodu również lekarzem opisała historię tego piekła na przykładzie młodej pary. Pary, która zamiast cieszyć się wspólnym szczęściem, musiała skrócić swój urlop, ponieważ świat zaczynał się zmieniać. Na pewno nie takiego odpoczynku spodziewali się nasi bohaterowie. Miał być spokój i radość, a z każdej strony wiało grozą i dramatem, jaki zaczynał rozgrywać się na oczach każdego. 

Bo to, co tutaj spotkamy, to prawdziwe ludzkie dramaty, nie tylko lekarzy, ale i ich rodzin, rodzin pacjentów chorych i podejrzanych o wirusa. Wszystko jest pokazane takim, jakie było, bez lukru i ubarwiania, bo nie o koloryzowanie tutaj chodzi. Akcja książki rozgrywa się na przełomie kilku tygodni i dzieje się w kilku miejscach naraz - Toskania, Bergamo, Drezno, Wenecja oraz Wrocław. Właśnie tu działo się największe piekło. Emocje wszystkich bohaterów, tych pierwszo-, jak i drugoplanowych są ogromne. A emocje czytelnika? Ja płakałam, kręciłam głową i nie dowierzałam, śmiałam się i cieszyłam jak dziecko z drobnych chwil radości. 

 „W piekle pandemii” to przepiękna historia ukazująca ogrom pracy lekarzy na pierwszej linii ognia. To absolutni bohaterowie naszych czasów! Dopiero w takich sytuacjach zdajemy sobie sprawę, że to wyjątkowi ludzie. To oni ratują życie, narażając własne.

Rewelacyjna powieść, którą powinien przeczytać każdy. Polecam.


wtorek, 15 września 2020

„Leniwe wieczory, burzliwe poranki” Alina Białowąs - RECENZJA PATRONACKA



 Alina Białowąs właśnie dzisiaj oddała w nasze ręce szóstą już powieść. Wszystkie przeczytałam i mogę śmiało powiedzieć, że jej powieści stają się coraz lepsze. Na kontynuację „Bezsennych nocy, sennych dni” czekałam z utęsknieniem. Jest niesamowitą obserwatorką kobiecej psychiki i potrafi wyciągnąć z niej to, co najciekawsze.

W części pierwszej nasza bohaterka Ewelina kombinowała, jak pozbyć się męża, nie zabijając go, bo nudziła się w długoletnim związku. Pokazała nam swój odziedziczony po prababce charakter. Uważała się za kogoś lepszego, nawet od własnego męża, który pochodził ze wsi. Tylko czy to ważne, kto skąd pochodzi?

Nad małżeństwem Kloftów zawisły czarne chmury i cała nadzieja w autorce, że odwróci los naszych bohaterów. 
Czy udało jej się to?





Druga część jest tak samo zagmatwana, jak pierwsza. Kobieta wulkan z tysiącem pytań do własnej osoby powoduje mnóstwo konfliktów i śmiesznych scen. Gdy pewnego dnia znajduje zamiast własnego męża kartkę z kilkoma słowami do niej, zaczyna analizować sytuację i patrzeć na wszystko całkiem inaczej. Zauważa rzeczy, których do tej pory nie zauważała. Mąż wyjechał do Japonii, a gdy kobieta zdobywa jego adres, ma ochotę polecieć do niego i zrobić mu niezapowiedzianą wizytę. Zauważa również fakt, że zaczyna być zazdrosna.

 Gdy tak rozmyślałam nad gejszami, poczułam, że jednak robię się zazdrosna o Radka; gejsze potrafią prowadzić ceremonię parzenia herbaty, a mój mąż uwielbia herbatę. Wiem, pamiętam, naśmiewałam się z niego, że na indyjską mówił „drajeerling” zamiast Darjeeling, że okej to dla niego „okiej”. A może sobie wmówił, że jest taki zdolny jak Alexander Arguelles?
No i zapłaciłam za te moje kpiny i naśmiewania; mój mąż pije teraz herbatę w Japonii i kto wie, czy nie konwersuje po angielsku z gejszą odzianą w piękne kimono, podczas gdy ja siedzę w zadymionej kuchni, palę na czczo drugiego papierosa i popijam zimną kawę. Na dodatek w żółtym, za wielkim na mnie płaszczu kąpielowym, w którym wyglądam jak napuszony kurczak.

Zanim postawi nogę na płycie japońskiego lotniska, zapoznaje się z kulturą tego kraju, postanawia schudnąć, by zrobić mężowi niespodziankę, oraz odgruzowuje mieszkanie. Postanawia pozbyć się starych klamotów zagracających pomieszczenie. Czy jej się to uda? W jej mniemaniu nie, ponieważ wszyscy jej w tym przeszkadzają. 
Matka, która znalazła sobie przyjaciela Gwidona i zaczyna  zachowywać się jak młoda duchem.
Na pewno nie ułatwia jej również syn, który wyjechał do Francji razem z narzeczoną i nie ma zamiaru wracać. 

 „Gasząc niedopałek (jednak drugi, a nie trzeci) w popielniczce-prezencie od Igora, nagle poczułam, że muszę porozmawiać z moim synem. Jestem spokojna, nie będę pokrzykiwać, obiecałam sobie, sięgając po komórkę.
– Bon soir, maman – usłyszałam, gdy tylko odebrał.
Bąsłar? A dlaczego nie po polsku: dobry wieczór?
– Maman?
Szlag. Moje dziecko już całkiem „sfrancuziało.”
– Igor…
– Oui, maman?
No masz! Jeszcze tylko tego brakowało, żebym na stare lata musiała się uczyć francuskiego.”

Ewelina winę za jej złą passę zwala również na sąsiadkę zza ściany, która to wszystko słyszy i komentuje. Wściekła i rozżalona narzeka na wszystkich dokoła. Nie radzi sobie sama ze sobą. W dzień kocha męża, a wieczorem już go nienawidzi za to, że nadal go kocha. 
Zastanawiałam się, czy jej osobowość nie jest zbyt chwiejna. Bo te zmiany nastrojów i częste wybuchy emocji stawały się nieprzewidywalne. Subiektywne poczucie krzywdy i niesprawiedliwości to również objawy u naszej bohaterki. Czy gdy wszystko się w niej uspokoi i odnajdzie spokój wewnętrzny, to odzyska równowagę i wybaczy własnemu mężowi? Czy aby coś docenić, trzeba poczuć, że coś się traci?

„Bo wbrew pozorom rozstanie czasem ratuje rozpadający się związek. Nie tylko małżeński. Ale pod warunkiem, że jest co ratować.”


Myślę, że autorka specjalnie pokazała pokrętną stronę miłości, by spojrzeć na nią z innej perspektywy. Bo jeśli jest to ta prawdziwa, to będzie potężniejsza niż wszystkie kłótnie i rozstania. Będzie naszym sprzymierzeńcem. 
Alina Białowąs wykonała kawał dobrej roboty. Historia Eweliny i jej męża daje nadzieję i przestrzega. Całość napisana jest lekkim stylem, co daje w rezultacie świetną komedię. Dialogi oraz przemyślenia bohaterki doprowadzają niejednokrotnie do niekontrolowanych wybuchów śmiechu.
Cechy charakteru naszej głównej bohaterki nadają jej nietypową osobowość. Nie jest to kobieta piękna, zgrabna, jak z katalogu mody, lecz normalna, przeciętna kobieta z mnóstwem kompleksów. Pozostałe postacie, które przewijają się w tej powieści, są tak samo intrygujące. 
Pierwszoosobowa narracja również w tym pomaga, ponieważ wcielamy się w rolę kobiety i w łatwy sposób wyobrażamy sobie jej życie. Nie brakuje w nim goryczy, ale nikt nie obiecywał, że życie będzie łatwe, prawda?

„Leniwe wieczory, burzliwe poranki” to świetna komedia, w której dynamiczne wątki przeplatają się z refleksjami głównej bohaterki, dzięki czemu całość wypada idealnie.
Gwarantuję, że tę powieść przeczytacie jednym tchem, pomiędzy salwami śmiechu oczywiście. A zakończenie? 
Tylko takie mogło być!

Polecam!!



poniedziałek, 14 września 2020

„Utracona miłość” Magdalena Krauze - ZAPOWIEDŹ PATRONACKA

Wprowadziłam grafikę, która pokazuje pozycje objęte przez mój blog patronatem. Będzie czytelniej. Mam nadzieję, że spodoba się Wam.





Pierwszą październikową pozycją, jaką chciałabym Wam polecić, jest  „Utracona miłość” Magdaleny Krauze. Jest to kolejna już powieść autorki pod moim patronatem.
Polecam na jesienne wieczory.


Majka i Michał, mimo młodego wieku, planują wspólną przyszłość. Ale nawet ich niezwykle silne uczucie nie jest w stanie zwyciężyć, gdy na horyzoncie pojawia się toksyczna matka chłopaka. On rozpoczyna prestiżowe studia medyczne w Londynie, ona zostaje w Warszawie... Mijają lata. Majka tkwi w nieszczęśliwym związku, tymczasem rozwiedziony Michał wraca do Polski. Nic nie dzieje się jednak bez przyczyny, a los tylko pozornie kieruje się przypadkiem. Czyżby szczęście i miłość czekały tuż za rogiem?

Czytaliście wcześniejsze pozycje autorki?
Planujecie czytać tę najnowszą?

sobota, 12 września 2020

„Żałobnica” Małecki Robert


Znacie powieści tego autora?
Ja przeczytałam do tej pory wszystkie i bardzo mi się podobały. 

Tytułowa żałobnica to młoda, bo zaledwie trzydziestoletnia kobieta, która właśnie straciła męża i pasierbicę w wypadku samochodowym. Gdyby ich związek był idealny, Anna jeszcze długo byłaby pogrążona w żałobie. Ale to nie było idealne małżeństwo ani idealna rodzina. Po mężu odziedziczyła spory majątek oraz świetnie działające przedsiębiorstwo. Nie musi martwić się o sprawy materialne.
Gdy na światło dzienne wychodzą skrywane tajemnice, Anna zaczyna się orientować, że ktoś manipuluje jej życiem. Wszystko to, co zaczęło się dziać, dzieje się bez jej wiedzy, a światło podejrzeń pada właśnie na nią. Zalewa ją struga strachu, ale będzie musiała sobie z nią poradzić. Będzie musiała również stawić czoła mrocznej przeszłości. I zrobi to!



 

Zostałam zaskoczona tą powieścią. Jest inna niż wcześniejsze pozycje autora, ale równie wspaniała, co poprzedniczki. Czym się różni? Otóż do tej pory były to raczej tylko kryminały, tym razem dostaliśmy  świetny thriller psychologiczny. Autor rewelacyjnie przedstawił nam historię kobiety, która boryka się z tragiczną śmiercią swoich bliskich. O tym wypadku zrobiło się głośno w mediach i zaczynają się podejrzenia. Czy był to nieszczęśliwy wypadek? A może przyczyniły się do tego osoby postronne? 
Anna Kowalska, nasza bohaterka, próbuje sama dojść do rozwiązania zagadki śmierci i obwinia dróżniczkę, bo ta zasłabła i nie opuściła rogatek. Obserwuje ją, śledzi, a z czasem staje się to jej obsesją. Czy Anna dopuściła się zbrodni? Bo dowiadujemy się, że dróżniczka zaginęła bez śladu. Czy coś się stało kobiecie?
Czytając tę powieść, zastanawiałam się, ile twarzy ma tytułowa żałobnica, na pewno kilka. Całkowicie obcy jej ludzie widzieli ją jako pustą kobietę, pasierbica nie tolerowała jej, uważała, że zabiera miłość jej ojca. Bała się, że zostanie odstawiona na boczny tor przez ukochanego tatusia. Kilka innych osób jeszcze inaczej widziało naszą bohaterkę Annę.  Każdy z nich widzi w kobiecie to, co chciałby widzieć, nie zagląda w jej dusze i umysł, ocenia, nie analizując jej postępowania. Poprzez tę historię zauważamy, jak łatwo jest ocenić człowieka, obnażyć ludzkie słabości i wykorzystać je.
Szum medialny wokół żałobnicy i zaginięcia dróżniczki sprawia, że na wierzch wypływają rzeczy, które działy się w przeszłości Anny. Nie są to miłe rzeczy, jak się domyślacie. Kim tak naprawdę jest Anna? 

 „Dzięki kłamstwu, i nie tylko, bo również dzięki zatajonej prawdzie, zawsze utrzymuję się na powierzchni. Jestem niezniszczalna.”
Nie zmieniło się nic w trzymaniu czytelnika na wodzy. W dalszym ciągu nie jesteśmy w stanie oderwać się od lektury. Taki jest styl autora, który intryguje, fascynuje i nie pozwala odejść. Zabrakło mi natomiast typowego dla autora tempa akcji oraz opisów, takich bardzo namacalnych. Natomiast kreacje bohaterów mistrzostwo!

Czekam już na kolejne książki tego autora, bo fanką jego jestem i zostanę.
Polecam!